RSS
niedziela, 24 lipca 2016

Ach, Panią domu być!

Zacznę może ode tego, że nie cierpię gotować. Nie lubię, nie sprawia mi to przyjemności, uśmiech bądź też jego brak na twarzy ukochanego jedzącego przygotowane przeze mnie danie nie powoduje zmasowanego ataku motylków w moim brzuszku, a ja sama nie czuję się cudownie wyzwolona w swojej kuchni. No po prostu nie. 

Jasne, trzeba coś jeść, więc trzeba również czasem zakasać rękawy i ruszyć w kuchenny bój. Tym razem postanowiłam jednak, że będę mądrzejsza.

Zwykle po pracy jestem już zbyt zmęczona, by jeszcze przez kolejne choćby 30 min stać przy garach i pichcić coś dla siebie i Ukochanego, a  mój Partner mimo iż gotuje smacznie i przyjemnie, to jest jeszcze gorszym leniem kuchennym niż ja.

Dodatkowo ogromnym problemem jest w naszym wypadku naprawdę wielka różnica w smakowych ustach, ponieważ ja lubię potrawy przyprawione bardzo delikatnie, w zasadzie nic więcej poza wegetą nie jest mi do szczęścia potrzebne, a za to mój TŻ lubi czuć jedzonko dwa razy :) I to nie, że lubi ostro, ale lubi naprawdę mega ostro. Tutaj właśnie pojawia się zgrzyt ponieważ ja nie jestem często w stanie w ogóle zjeść tego co on ugotował, gdyż wypala mi wszystko po drodze, a on z kolei musi sobie doprawiać każde danie, które ja zrobię, każde ugotuję, no i tu pojawia się smuteczek, bo niby ugotowałam, fajnie, ale i tak on sobie po swojemu porobić. Nosz kurczę... :(

 

Jak mówiłam tym razem postanowiłam być mądrzejsza i zamiast stać codziennie przy garach po parędziesiąt minut, to postanowiłam poświęcić na to większą część soboty. Zrobiłam zatem garnek spaghetti, szpinaku z sosem gorgonzola oraz sporą patelnię sosu grzybowego. Następnie poczekałam, aż wszystko wystygnie, poporcjowałam do małych, plastykowych pojemniczków i pyk do zamrażarki. Następnych razem jak nie będę mieć ochoty na gotowanych to wystarczy jedynie wyciągnąć gotową porcją z zamrażarki, ogrzać i jedyne co mi pozostanie do zrobienia to ew. ugotowanie makaronu, no ale dobra - tyle jeszcze mogę zrobić. W tym tygodniu zamierzam sprawdzić - ile czasu udało mi się zaoszczędzić podając codziennie wieczorem, przygotowany już wcześniej, ale w dalszym ciągu domowy obiad.

 

Czemu o tym piszę? Wydaje mi się, że nie tylko ja jedna mam ten problem. Wydaje mi się, że aż nazbyt często gotowanie spada wyłącznie na barki kobiety, a umówmy się - nie każda z nas została do tego stworzona. Ja talentu nie mam za grosz, chociaż muszę przyznać, że pieczenie wychodzi mi tak najgorzej, ale ad rem - wydaje mi się, że nie będzie żadnego problemu z tym jeśli za dzień, tydzień czy za dwa mój ukochany wyciągnie sobie z zamrażarki pojedynczą porcję spaghetti, ugotuje do niej trochę więcej makaronu, przyprawi sobie po swojemu, nie powodując jednocześnie że cały garnek będzie zjadliwy jedynie dla niego, a ja muszę siedzieć głodna, podczas gdy ja do swojej części klusek dołożę sobie trochę szpinaku z sosem. Szybko i sprawnie i bez większych nieporozumień.

Sądzę, że ta metoda sprawdzi się również super w przypadku osób samotnych!

Koleżanka żaliła się ostatnio na fejsie, że od kiedy mieszka sama to garnek zupy wystarcza jej na tydzień. Naprawdę miałybyście ochotę jeść codziennie przez tydzień tę samą zupę? Po co? Wystarczy ją podzielić na pojedyncze porcje i cieszyć się jej smakiem przez kilka dni, które naprawdę nie muszą być kilkoma dniami z rzędu.

 

Czy Wy korzystacie już z tej metody? A może macie jeszcze lepszą? Napiszcie mi koniecznie w komentarzach!

 

Buziaki!

wtorek, 05 lipca 2016

Witajcie Kochani!

Dziś, 5 lipca 2016 roku, zdałam sobie sprawę z tego jak strasznie nudne życie prowadzę, a było to tak:

Udało mi się wrócić wyjątkowo wcześnie wrócić z pracy. Po powrocie do domu zastałam MiłośćMojegoŻycia (MMŻ) grającego na konsoli. Hm... no to ja sobie raczej na razie nie pogram :(

Odpaliłam zatem komputer i zabrałam się za przeglądanie ulubionych zawsze (PUDELEK, JOEMONSTER) oraz w ostatnim czasie (głównie blogi) stron.

Tak sobie przeglądam, przeglądam i tak się zastanawiam : o co tu kurde chodzi?!

Zasadniczo przeglądam 2 blogi pisane i mam na jutubie kilka kanałów, które lubię oglądać (MAXINECZKA <3)

Przechodząc do rzeczy: od czasu do czasu wchodzę na bloga baaardzo popularnej blogerki mieszkającej obecnie w Lublinie i po prostu nie mogę pojąć: czy ludziom naprawdę aż tak się nudzi? Albo inaczej: czy ludzie naprawdę są aż tak nudni?

Dobra, wyjaśnię Wam w końcu o co mi chodzi. Generalnie lubię blogi, blogowanie, blogosferę, cieszę się, że ludzie na tym zarabiają itp. Nie mogę jednak za cholerę pojąć jednej rzeczy: czytelników.

O ile wcześniej na popularnych blogach tzw. szafiarskich można było pooglądać, skomentować czy zainspirować się jakąś stylizacją, tak obecnie osiągamy szczyty absurdu!

Mocno w pamięci utkwił mi jeden post: dziewczyna kupiła nowy bieżnik i nowe świeczki do salonu. Ładnie to wszystko poukładała (ciężko było coś zepsuć mając do ułożenia jeden bieżnik, który w zasadzie poza położeniem go na stoliku kawowym, nie ma zbyt wielu konwencjonalnych zastosowań oraz 2 świeczki - no chyba, że postawimy jedną na drugiej - wtedy będziemy takie innowatorskie!) napstrykała kilka fotek i wrzuciła do do sieci jako część wpisu - "inspiracje do salonu" czy jakoś tak. No kurza twarz... Pamiętam jeszcze jak za starych, dobrych czasów kiedy babeczka kupiła sobie nowy bieżnik do salonu i chciała się nim pochwalić przez szerszą publicznością to po prostu zapraszała koleżanki na kawę i ciacho, które w otoczeniu podała ochów i achów oczywiście na stoliczku udekorowanym nowym bieżniczkiem. Teraz nowym bieżniczkiem można się pochwalić setkom tysięcy osób jednocześnie wrzucając po prostu zdjęcia do sieci. I wuj w to w sumie co kto robi, ale nazywanie tego "inspiracją" i mówienie wprost młodszym i starszym dziewczynom, że mogą się one takową "dekoracją zainspirować" to jest hm... nie wiem sama, robienie z ludzi debili? Bo słuchajcie, przeglądam wpis, czytam komentarze i widzę setki pytań "gdzie go kupiłaś? Czy są jeszcze dostępne? Jaka cena? Pozwolisz, że skopiuje to dokładnie w swoim salonie?" i napełnia mnie to morzem goryczy. Nie dlatego, że zazdroszczę, nie dlatego że sama nie umiałabym lepiej i to nie właśnie dlatego, że mogłabym zrobić to sama, ale dlatego, że tysiące dziewczyn nie umiałoby...

Czy umiejętność czytania ze zrozumieniem naprawdę już w narodzie całkiem wyginęła?

Jak byk dziewczyna napisała w tekście, że dorwała świeczki w konkretnej sieciówce, a mimo to pod tekstem jest 20 pytań o to gdzie ona te świeczki kupiła. Serio?

Ja jak widzę we wpisie rzecz, która mi się podoba, w dalszej części czytam dodatkowo, że wszystkie rzeczy są podlinkowane na dole, to po przeczytaniu tekstu klikam w link wiodący mnie do danego produktu, gdzie widzę dokładnie ile on kosztuje, czy jest obecnie na niego promocja, czy jest dostępnych. Widzę dajmy na to, że świeczka kosztuje 5 euro i jest dostępna. Dodaję ją zatem do koszyka, a następnie przechodzę do ewentualnej płatności. Tu zapala mi się czerwona lampka, bo zwykle w kolejnych kroku jest wyraźnie zaznaczone, że wysyłka kosztuje dajmy na to 6 euro, a przy zakupach powyżej 30 euro jest za darmo. Myślę wtedy sobie wtedy: "chwila, chwila, taki biznes już mi się nie kalkuluje i rezygnuję wtedy z zamówienia albo dopieram jeszcze coś i gitara gra", ale to jestem ja.

Setki dziewczyn tego nie ogarniają, serio. To jest w tym wszystkim chyba najsmutniejsze.

Jednak nie, jeszcze smutniejsze wydają mi się pytanie czy raczej stwierdzenia, że dziewczyny "skopiują daną aranżację u siebie". U siebie? Czyżby dziewczyny, które prowadzą własny dom, są żonami a może i matkami naprawdę nie mają tak minimalnych pokładów wyobraźni, że muszą kopiować "aranżację" składającą się z dwóch świeczek i bieżniczka? Jezus Maria, to straszne.

I w tym momencie mój Ukochany dalej ciupie na konsoli, a ja wylewam swoje żale na blogu. Nie dlatego, że zazdroszczę innym kokosów zbijanych na blogach, gdzie są wrzucane zdjęcia takich "inspiracji", ale dlatego, że sama mogłabym lepiej. Mogłabym i mogę, dlatego właśnie piszę, bo piszę dobrze i z sensem, a trochę o tym zapomniałam.

Z nudów w sumie weszłam dziś na swojego starego bloga myśląc "Lalka, jakbyś wtedy na poważnie zajęła się pisaniem to dziś mogłabyś z tego żyć."

Szczerze mówiąc to osobiście popłakałam się ze śmiechu czytając moje własne wpisy, ale pewnie było tak dlatego, że są to moje wpisy bazujące na moim życiu i każdy z nich łączy się z konkretnym wspomnieniem.

Rozmyślam również o tym, że boski O., od dawna już żonaty, mieszka obecnie gdzieś w Norwegii, wspaniały A. ukończył filologię mega trudnego i dziwnego języka i wozi się obecnie gdzieś za naszą wschodnią granicą, a auto, które miało ponoć "taaaaki duży bagażnik" dawno już zostało sprzedane.

Ja również pozmieniałam nieco swoje życie. Mieszkam obecnie w najwspanialszym mieście w Europie, a mianowicie w Monachium. Mam u swego boku cudownego, kochanego człowieka, który pokazuje mi każdego dnia, że można inaczej, ze istnieje inna droga i innych świat. Nikt już nie woła na mnie Romcia*, a z przyjaciółmi z dawnych lat kontakt mam już bardzo sporadyczny.

I tak myślę sobie w sumie, że moje życie jest dość nudne. Nie jest złe czy nieszczęśliwe, ale w obliczu codziennych obowiązków: pracy, prania, gotowania czy grania na konsoli jest po prostu nudne. Nie mówię tu oczywiście o spotkaniach ze znajomymi czy naszych mniejszych czy większych rozrywkach, bo staramy się używać życia. Chodzi mi o wieczorne życie, po powrocie z pracy, gdy obiad jest już zjedzony, zmywarka załadowana, a stół uprzątnięty. Mogłabym poczytać książkę, posłuchać muzyki, obejrzeć film czy, jak wczoraj, poczytać wyznania byłej członkini pewnej organizacji, ale kurczę, serio? O kiedy zepsułam swojego ukochanego kindla to czytanie nie sprawia mi już takiej przyjemności jak kiedyś, telewizor i głośniki są zajęte przez konsolę, więc muzyka i film odpadają, a dyskusje prowadzone w internecie są spoko, ale ileż można?

 I tu w mojej głowie narodziła się myśl: ile razy rozmyślałam o tym jak bardzo chciałabym wrócić do blogowania? Jak dużo nowych, ciekawych pomysłów na felietony rodzi się w mojej głowie kiedy jestem w pracy? Czemu chować to wszystko dla siebie? Czemu dalej żałować lat, których nie poświęciło się na pisanie? Ile razy obiecywałam sobie, że jak tylko będę mieć wolne wieczory to wrócę do pisania?

No i proszę - jestem :)  no i dlatego, że jak widzę na stronie link do produktu to nie zamęczam innych pytaniami: jak, gdzie, za ile...

 

 

Ps. Faktycznie Romcia (czyli ja) jest jak bumerang - od pierwszych wpisów na blogu minęło 8 lat, a ja znowu wracam :)

 



poniedziałek, 10 lutego 2014

Wymyślając podtytuł bloga nieco ponad 6 lat (sic!) temu nie miałam pojęcia, że będzie on aż tak prawdziwy. Kilka lat minęło, a ja wracam z myślą, że ja to jednak mądra dziewczyna byłam^^.

A czemu wracam do prowadzenia bloga? Odpowiedź jest prosta - nie chcę zapomnieć mojego życia. Od jakiegoś czasu mieszkam na obczyźnie, a ilość absurdów spotykających mnie tutaj jest wprost porażająca, więc materiału do wpisów pewnie mi nie braknie. Oby :)

 

Z czasów licealnych:

R: Ach, wiecie, ja to jednak chciałabym studiować na WAT...

Koleżanka S: A cóż Ty Romciu chciałabyś na tym Wacie studiować?

R: Materiały wybuchowe i pirotechnika mi się marzą^^

Koleżanka S: Jasne! Mów po prostu, że chciałabyś się trochę rozerwać!

---

15:09, symplicja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 lutego 2010

R: Bo widzicie, wiedza jest jak dzikie zwierzę : niełatwo się do niej zbliżyć, trudno ją oswoić, ale już cholernie ciężko jest ją utrzymać.

23:28, symplicja
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 listopada 2009

ja wiedziałam, że tak będzie :) z mojego cudnego chrześniaka wyrasta prawdziwy mistrz ciętej riposty

Ukochana M: To jakie Kubusiu jest to auto? Duże?

Cudny K: Oj tak babciu, bardzo duże!

Ukochana M: To co wnusiu? Zabierzesz  w końcu mnie i dziadka na przejażdżke?

Cudny K: Tak babciu! Bagażnik jest ogrooomny!

---

R: M, kupisz mi lizaka?

M: Przecież już kiedyś Ci kupiłem...

R: Tak, pamiętam. W sumie to mam go jeszcze :)

M: Dziwne zbieractwa uprawiasz...

---

 

20:15, symplicja
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 października 2009

koleżanka A była ostatnio na randce:

A: Wiesz,  Ty zupełnie nie jesteś w moim typie...

koleś: Wiem, wiem, ale nie rozmawiajmy o tym :)

---

R: Bo widzisz Karolu, z kobietą i mężczyzną to jest tak : facet jest jak windows, na początku niby pięknie, fajnie, ale szybko zaczyna wkurzać,  za to kobieta jest jak linux : ciężko rozgryźć, ale potem się dobrze się używa.

---

Wyczuwam w powietrzu reaktywację bloga :)

11:58, symplicja
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2009

szanowny A przyniósł coś i mówi:

A: Tato, zapomniałeś wziąć prześcieradło!

Cudowny T: To nie prześcieradło, tylko koszula nocna M.

---

13:15, symplicja
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 marca 2009

dr B skrócił nam wykład pod warunkiem, że wszyscy pójdziemy na rekolekcje, które odbywały się w czasie wykładu :

dr B: Sądzę, że wszyscy tutaj są wyznania katolickiego - chyba nie ma wyznawców innych religii? 

R: Ja jestem!

dr B: Tak? A pani to co wyznaje? Islam?

R: Jestem wyznawczynią kościoła Latającego Potwora Spagetti!

dr B : LOL

---

R: Ale Doktorze! Kościoł Latającego Potwora Spagetti naprawdę istnieje! I ja jestem jego wyznawczynią! Można to sprawdzić!

dr B: Tak? A co oni wyznają? Spagetti?! A już wiem! Spagetti w trzech osobach: wegetariańskiej, z wołowiną i z wieprzowiną!

---

sądzę, że posądzanie mnie o islam jest związane z tym, że nikt nigdy nie widział mnie bez takiej czy innej szmaty wokół szyji :)

20:53, symplicja
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 marca 2009

dr B: Za członka osoby duchownej uważa się... hahaha

myślałam, że nawet osoby duchowne mają w spodniach to co reszta świata ;)

---

ks. J: R! Nie podniecaj się tak nadaremno!

---

R: No bo wie ksiądz. Znam taką jedna studentkę, która ucieszyłaby się, gdyby ksiądz jej dał coś takiego :D

ks. J: No, ale ja nie wiem co taka studentka by sobie pomyślała, gdybym jej to dał ;)

---

koleżanka sprzedaje srebro po cenach hurtowych i koleżanki oglądały je przed zajęciami. Zobaczył to ksiądz:

ks. J: Dziewczyny! Wam chłopcy powinni pierścionki kupować, a nie tak same sobie!

kolega Ł: A może ksiądz ma jakąś zakonnicę, której by mógł jakiś pierścioneczek kupić ;>

ks. J: Jest taka jedna, ale tego co ona chce - ja jej dać nie mogę :(

---

19:12, symplicja
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 marca 2009

R: Jesteś beznadziejny!

A: A Ty nadziejna!

R: Nie mam się na co nadziać :( 

---

20:01, symplicja
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6

Kominek